Filmowe samochody, których nie chciałbyś mieć na własność



Samochody w gwiazdorskich rolach


Superszybkie, lśniące, sportowe wozy pozwalające rozwijać zawrotne prędkości na najbardziej nawet ciasnych i zatłoczonych uliczkach wielkich metropolii. Amerykańskie kino kocha dostarczać swoim widzom tego rodzaju atrakcji. Niejeden facet po wyjściu z seansu, zmanipulowany kapitalistyczną propagandą w skrytości ducha marzy potem, by któregoś dnia zasiąść za kierownicą filmowego cacka, spójrzmy jednak prawdzie w oczy, filmowe samochody nie zawsze pasują do realnego świata.

Pontiac Trans Am z filmu Mistrz kierownicy ucieka.

Samochód, od którego szybsza była jedynie rozprzestrzeniająca się lotem błyskawicy legenda o jego właścicielu. Jak głoszą niepotwierdzone plotki był on ponoć przez lata sprzedawany w pakiecie z kowbojskim kapeluszem, czarnym, nabłyszczanym, sztucznym wąsem i rozhisteryzowaną panną młodą, która uciekła sprzed ołtarza. Powiedzcie po co komu wóz, za którym na okrągło ugania się zawzięty, niczym wygłodniały szakal i niebezpieczny jak grzechotnik szeryf  Buford T. Justice? Czyż nam zwykłym śmiertelnikom nie wystarcza baczny wzrok strażników miejskich gotowych w każdej chwili przesłać sentymentalną fotkę z podróży?

DeLorean z Powrotu do przyszłości.

Błyszczący, stalowy wóz pędzący z zawrotną prędkością po pozamiejskich bezdrożach rozpływa się nagle w powietrzu, a w miejscu gdzie zniknął pozostają jedynie dwa wijące się języki ognia. No dobra, trzeba przyznać, że ta scena robi wrażenie, ale podejdźmy do sprawy poważnie. Zdarzają się co prawda kierowcy, którzy po pełnym przygód weekendzie zastanawiają się, czy przemieścili się wraz z samochodem z klubu do domu z pomocą teleportacji. Na dłuższą metę ten sposób podróżowania może jednak okazać się dosyć niebezpieczny. Cóż z tego, że nad projektem DeLoreana pracował słynny włoski stylista Giugiaro, któremu niecodzienne autko zawdzięcza pomysł z drzwiami unoszonymi ku górze? I co z tego, że fabryka DeLoreana, jako pierwsza dawała aż dwudziestopięcioletnią gwarancję na blachę. Tyle to dzisiaj nawet Koreańczycy gwarantują. 

Dodge Challenger  440 R/T z filmu Znikający punkt

Wiecie za co powinno się lubić ten film? Powinno się go lubić, ponieważ pokazuje, że Polak ma szansę przebić się za granicą. Główny bohater filmu o swojsko brzmiącym nazwisku Kowalski w prowadzonym przez siebie Challengerze przebija się i to nie raz w całkiem dosłowny sposób przez kolejne policyjne kordony próbujące uniemożliwić mu wykonanie zlecenia. I choć z filmu jasno nie wynika, że Kowalskiego, oprócz nazwiska łączy coś więcej z ojczyzną Chopina i Mickiewicza, my Polacy wiemy swoje. A co do samochodu? Cóż to raczej auto dla odważnych.  Gaz, z hamulcem można łatwo pomylić, a przy takich osiągach o nieszczęście nietrudno. W dodatku w białym kolorze, jak dla przedstawiciela handlowego.


Shelby GT 500 z filmu 60 sekund
 
W życiu nie widziałeś zapewne bardziej kapryśnego samochodu, niż Shelby GT 500, z którym mierzy się w filmie 60 sekund jego główny bohater, Randall Raines. Ale czego innego można spodziewać się po aucie, które nosi damskie imię? Tak między nami mówiąc imię to średnio pasuje do rasowego muscle cara z silnikiem V8 i napędem na tylną oś. Eleonora, bo tak ochrzcili wóz bohaterowie filmu, to  imię pasujące bardziej do wiekowej staruszki, niż  do sportowego samochodu. Moja babcia Eleonora zaprasza nas jutro na niedzielny obiad – to brzmi jeszcze w miarę dobrze, ale już w najbliższy weekend jadę na tor wypróbować moją Eleonorę… to chyba nie brzmi najlepiej.

Łukasz Sikora
foto: Zachary Kolk/ Unsplash

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.