Strażnicy galaktyki ratują świat z pomocą muzyki


Chwała im za to



Rocket ma wielki karabin, Drax dwa ostre sztylety, a Groot twardy korzeń. Moim zdaniem najbardziej niebezpieczną bronią, która potrafi czynić prawdziwe spustoszenie w duszach największych nawet twardzieli jest jednak walkman Star-Lorda.

Choć od kinowej premiery Strażników Galaktyki, w której piątka życiowych rozbitków staje przed zadaniem ratowania wszechświata minęło całkiem sporo czasu, dopiero teraz zdobyłem się na odwagę, by opisać to, co spotkało mnie w ciemnej, kinowej sali podczas projekcji filmu.

Wiem, wiem to, co się wydarzyło nie jest wcale tak niezwykłe, jak mogłoby się wydawać. Zdarzały się przecież dużo dziwniejsze przypadki. Weźmy pierwszy przykład z brzegu, Petera Parkera ukąsił jadowity pająk i przemienił w superbohatera, Bruce Banner stracił panowanie nad częścią swojej natury w skutek promieniowania. Wszystko jestem w stanie zrozumieć, ale coś takiego?

Zaczęło się naprawdę niewinnie. Wraz z pierwszymi taktami płynącymi z kinowych głośników zauważyłem nagle, że powoli tracę kontrolę nad swoim ciałem. Na ekranie Peter Quill tańczył na obcej planecie w takt piosenki zespołu Redbone: Come and get you love, a ja, pozwalałem by moje stopy stukały rytmicznie w podłogę.




Dalej było już tylko dziwniej. Po ponad dwóch godzinach spędzonych w kinowej sali wyszedłem z niej całkowicie odmieniony. Natychmiast po powrocie do domu przeszukałem strych w poszukiwaniu niebieskiego walkmana, którego nie widziałem na oczy od momentu, kiedy skończyłem dwanaście lat i szybko zaopatrzyłem się w kasetę z przebojami, które wybrzmiały w czasie trwania filmu.

Od tego momentu zawsze, gdy staje przed zadaniem przekraczającym możliwości zwykłego człowieka, takim jak choćby zdobycie zaświadczenia w urzędzie, czy zachowanie spokoju podczas przejazdu przez miasto w godzinach szczytu, po prostu wkładam słuchawki na uszy i naciskam PLAY.

Radosna, melodyjna, pełna pozytywnych wibracji muzyka ze Strażników Galaktyki natychmiast wyzwala we mnie superbohaterskie moce, życzliwie się uśmiecham, pierwszy mówię dzień dobry i za nic w świecie nie używam klaksonu. Nie wierzycie by było to możliwe? Spróbujcie sami! Ostrzegam tylko, że robicie to na własną odpowiedzialność.

Łukasz Sikora

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.