5 seriali, które zabrały mi dzieciństwo



Ale dały za to coś innego.


Mogłem skończyć elitarną szkołę podstawową. Mogłem zapisać się na taniec towarzyski, esperanto, albo dołączyć do świeżo tworzonej sekcji szachoboksu. Mogłem brać korepetycje z astrofizyki. Mogłem. Gdybym nie spędzał tyle czasu przed telewizorem, śledząc losy serialowych postaci.

Gdyby wynaleziono wehikuł czasu, a autor wynalazku zaprosił mnie do jego wypróbowania, dając możliwość przeniesienia się w dowolny moment mojego życia, to bez wahania wróciłbym właśnie tam. Do początku lat dziewięćdziesiątych, w których świat jawił mi się barwnie i sielankowo, niczym z kolorowego serialu. Z serialu podobnego do tych, jakich całą masę nadawały wówczas polskie stacje telewizyjne. 

Doogie Howser, lekarz medycyny

Doogie był swego czasu nie tylko ulubieńcem nastolatek, ale także z całą pewnością spełnieniem snów każdej zafrasowanej o los pociechy matki. Młody geniusz, który w wieku czternastu lat zostaje lekarzem  w jednej z dużych amerykańskich klinik, robił wrażenie na wszystkich. „Nie może kupić piwa, ale wolno mu przepisywać leki” – ekscytowali się recenzenci, pisząc peany na cześć serialowego doktora. W między czasie Doogie zdążył trochę wydorośleć, dokonać głośnego comingoutu, i obnosić się z tym, jak poznał waszą matkę. Dla mnie jednak zawsze pozostanie bystrym nastolatkiem, który próbuje odnaleźć się w świecie dorosłych.


Cudowne lata 
                    
Gdy z głośników telewizora rozbrzmiewały pierwsze takty piosenki w wykonaniu Joe Cockera, „With a Little help of my friends” świat w jednej chwili zamierał. Płynący z odbiornika miękki, kojący głos dorosłego Kevina Arnolda, który wracał wspomnieniami do lat dzieciństwa miał wręcz hipnotyczne właściwości. Patrzyłem w ekran i też tego chciałem. Chciałem białego domu z równo przystrzyżonym trawnikiem, chciałem żeby mój ojciec jeździł krążownikiem szos, chciałem grać w baseball na podwórku, a nade wszystko chciałem, by na mojej ulicy zamieszkała Winnie Cooper. Cóż, nie wszystkie życzenia się spełniają.


Dzień za dniem

Desmond Has a Barrow in the market place,
Molly is a singer in the band…

Daję uroczyste słowo honoru, że nie znam osoby, która na dźwięk pierwszych taktów piosenki rozpoczynającej serial „Dzień za dniem,” nie zaczęłaby podrygiwać. Serial, którego głównym bohaterem był zmagający się z Zespołem Downa Corky Thatcher, w ciepły i radosny sposób poruszał problem choroby, uwrażliwiając widzów na osoby mierzące się z niepełnosprawnością. Dla kilkuletniego chłopaka, którym byłem, była to jedna z pierwszych lekcji tolerancji. Bardzo ważna pozycja na liście.


Alf

Sympatyczny, puchaty, gadający stwór kosmitą? No dajcie spokój. Trzeba przyznać, że 229 – letni Gordon Shumway, znany bardziej jako A.L.F. przypominał bardziej puchatego zwierzaka, niż przybysza z kosmosu starającego się odnaleźć w ziemskiej rzeczywistości. Jego pełne ironii i dystansu poczucie humoru oraz niecodzienne menu, w którym przeważało upodobanie do potrawki z kotów na zawsze zapewniło mu miejsce w mojej życzliwej pamięci.


Pełna chata

I na koniec drodzy Państwo, jak mawiają Anglicy, „last but not least,” w bardzo subiektywnym rankingu seriali, które zabrały mi kawał dzieciństwa „Pełna chata.” Każda doświadczona matka wie, że zostawianie dzieciaków pod opieką facetów oznacza niechybną katastrofę. W przypadku "Pełnej Chaty" te nadchodzące po sobie katastrofy są bardzo malownicze i całkiem zabawne.

Do dziś na wspomnienie perypetii serialowych bohaterów, o których była mowa uśmiech automatycznie pojawia się na mojej twarzy. Owszem zabrały mi sporo wolnego czasu, ale myślę, że nie był to czas stracony.


Łukasz Sikora

11 komentarzy:

  1. Niestety ja chyba urodziłam się nieco później i nie widziałam tych seriali, chociaż z Alfem mam jakieś prześwity pamięci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli będziesz miała kiedyś okazję nadrobić, to polecam. Te seriale to fajnie spędzony czas ;-)

      Usuń
  2. Pamiętam te seriale! Jedne lepiej, inne trochę jak przez mgłę, ale niewątpliwie przywodzą na myśl stare, dobre, polskie lata 90te. Można zatęsknić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można, na szczęście niektóre programy telewizyjne serwują czasem powtórki tych klasyków ;-)

      Usuń
  3. Ja to jakoś nie lubię seriali. No, może z wyjątkiem "Czasu Honoru" i "Miodowych lat". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja przeciwnie bardzo lubię,teraz mamy z resztą do czynienia z prawdziwym zatrzęsieniem seriali, wiele z nich stoi na wysokim poziomie, dorównując czasem dużym kinowym produkcją. Ja jednak lubię wracać czasem do tych starszych ;-)

      Usuń
  4. Znam je wszystkie! Miło było przypomnieć sobie czołówki - dzięki ;)
    Pamiętam jeszcze MacGyvera i Przyjaciół (do tego ostatniego lubię jeszcze czasem wracać ;) ) - one chyba też były puszczane jakoś na początku lat 90.?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też chętnie wracam czasem do Przyjaciół, a jeśli chodzi o MacGyvera, cóż mogę powiedzieć, facet-gość ;-)

      Usuń
  5. Cudowne lata i Alfa bardzo lubiłam, a do tego jeszcze namiętnie oglądałam Beverly hills 90210;) Twoje wpisy często budzą fajne wspomnienia - dzięki za to ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło przeczytać, że wpis się podobał i że budzi pozytywne emocje :-)

      Usuń
  6. Dodatkowo jeszcze MacGyver, Dr Quinn, Dotyk Anioła.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.